W polskiej tradycji związki rodzinne były rozległe i bardzo silne. Odlegli nawet krewni szukali wzajemnego poznania, odwiedzali się, a w razie potrzeby wspierali. Szczególnie w czasach zaborów powstał swoisty koloryt rodzin polskich, dźwigających na sobie odpowiedzialność za naród pozbawiony własnej państwowości.

Pielęgnowanie tradycji, wiary, obyczajów, mowy, pieśni, kultury w rodzinie, ale na skalę większą niż rodzina, stało się znakiem przynależności do Polski. Jednym słowem, w rodzinach dzieci wychowywano na Polaków. Nie wystarczyło, że ktoś zdobył zawód i zawarł związek małżeński. Miał być nade wszystko Polakiem, a jako Polak powinien być dobrze wychowany i wykształcony, aby umiał służyć Ojczyźnie i aby wiedział, jakie ideały ma przekazać swoim dzieciom, a później i wnukom. W skutek przejść wojennych, powstań lub działalności konspiracyjnej rodziny nasze były często okaleczone. Gdy ojciec siedział w więzieniu, na Syberii lub zmarł wskutek tragicznych przejść, gdy taki sam los spotkał matkę, dzieci wychowywane były przez krewnych. Zachowało się sporo dokumentów, listów, pamiętników, które ukazują ten świat, który już odszedł, ale jakże ciekawy to świat. Posłuchajmy fragmentów zachowanych listów: „Kochany mój Konradku, podobało się Bogu dotknąć cię największym nieszczęściem jakie dziecko dotknąć może, stratą rodziców. Wszakże w dobroci swojej Bóg łaskawie pozwolił twojej najlepszej babce i mnie czuwać nad tobą, nad twoim zdrowiem, nauką i przyszłym losem. Wiesz, jak cię kochamy i że całe przywiązanie, jakie mieliśmy do ś. p. rodziców twoich, na ciebie zlewamy”. Jest to początek listu napisanego we wrześniu 1869 roku w Nowofastowie. Adresat miał wówczas zaledwie12 lat. Stracił rodziców, którzy zapadli na zdrowiu wskutek pobytu na Syberii. Najpierw umarła matka, siostra piszącego ten list, a później ojciec.

W tym samym liście wuj pisał dalej: „Bez gruntownej nauki nie będziesz nigdy nic znaczył na świecie, nie będziesz mógł sam sobie wystarczyć. Gruntowna nauka zdobywa się gruntownym nabyciem, każdej z nauk niezbędnych dla każdego ukształconego człowieka, jakim spodziewam się, chcesz być, a my chcemy cię kiedyś widzieć. Przykładaj się więc teraz, moje dziecko, do gruntownego nabycia początków. Wiem, że początki często wydają się dzieciom żmudne, ale należy się starać przemóc to pracą i postanowieniem wytrwania”. Ileż mądrej miłości bije z tych słów, ile rozumnej odpowiedzialności, jak dalekie spojrzenie w przyszłość – chcemy cię kiedyś widzieć człowiekiem ukształconym. Wuj nie pozostawał gołosłowny, nie tylko często doń pisał, ale również systematycznie wspierał swojego siostrzeńca, asygnując odpowiednie kwoty, aby ten mógł się uczyć. A kiedy sięgniemy do pamiętników, to ogarnie nas jeszcze większe zdumienie, bo okazuje się, że wuj nie wspierał jednego tylko młodzieńca, ale całą gromadę. Pisał: „Pupilów miałem sporo. Najprzód czterech braci Syroczyńskich: Tadeusza, Leona, Agatona i Stanisława. Następnie trzech braci Florkowskich: Józefa, Juliusza i Tadeusza. Dalej czterech braci Taupów: Artura, Aleksandra, Romana i Gustawa. Wreszcie Wilczyńskiego Mariana. A ze wszystkimi, bez wyjątku, zachowałem do dziś najprzyjaźniejsze stosunki z siedmiu pierwszymi, ojcowskie prawie”. A jeszcze doszła później kolejna trójka pupilów, m. in. adresat cytowanego listu, a więc w sumie było ich piętnastu. Jest to liczba imponująca, świadczy o jakże głębokiej odpowiedzialności za losy rodziny, która jest częścią narodu, a naród nie obędzie się bez ludzi ukształconych. Wuj więc wspierał młodzieńców, aby wyrośli na dojrzałych mężczyzn, za co ci odwdzięczali się mu przyjaźnią, a wręcz ojcowskim przywiązaniem. Również siostrzeniec bardzo kochał swojego wuja.

Wywiązała się między nimi korespondencja, która dla obu przez wiele lat była pociechą i oparciem w trudnych kolejach losu. Już pod koniec życia wuj pisał: „My dear boy, nie mogę lepiej i przyjemniej spędzać samotnych chwil świątecznych, jak myśląc i rozmawiając z tobą, który nie prędko list ten czytać będziesz, ale zawsze się przekonasz, że w chwilach przypominających mi w sposób przyjemny przeszłość, dzieciństwo, dom rodzicielski, młodość, dom własny i twoje losy, które były jego ozdobą i pociechą osieroconą i skołataną próbami życia, myśl moją skierowuję na ciebie i twoje losy, szukając w nich żywszego punktu, mego własnego, dobiegającego już kresu życia.” Popatrzmy na te scenę. Podeszły wiekiem człowiek siedzi za biurkiem w rodzinnym dworze, daleko na kresach. Jest zima. Człowiek ów pisze list, który za kilka tygodni odczyta jego siostrzeniec, nie w Europie i nie na lądzie, ale gdzieś daleko na morzu. List ten będzie płomieniem, który ożywi najczulsze struny duszy. Dziś możemy sobie tylko wyobrazić, jak kapitan Józef Konrad Korzeniowski, znany później w świecie pod imieniem Josefa Konrada, czytał listy od swojego wuja i dozgonnego opiekuna Tadeusza Bobrowskiego rozpoczynające się niezmiennie od słów „Mój drogi chłopcze, My dear boy”. Listy te były pieczołowicie pielęgnowanym skarbem rodzinności, przyjaźni i Ojczyzny. Nic dziwnego, że z takiej gleby wyrastali ludzie wielcy.

Szczęść Boże.